piątek, 7 lipca 2017

Incepcja szekspirowska

Czyli o Szekspirze w Szekspirze!

Jak zwykle czerstwy tytuł pasuje najpierw wytłumaczyć...

Otóż być może nie wiecie, ale Alot odkąd dowiedział się, że w Gdańsku ma powstać teatr elżbietański zbudowany zgodnie z wyznacznikami epoki, zawsze marzył, żeby się tam znaleźć i na własne zmysły doświadczyć choć namiastki wrażeń dostępnych tym, którzy żyli w czasach, kiedy tworzył znany William (przyjmijmy, że istniał, bo wiemy, że są różne teorie). W trzeciej klasie liceum tenże Alot nawet o mały włos załapał się na festiwal szekspirowski, ale właśnie - o mały włos czyli wcale.

To nieśmiałe ziarenko pasji zostało z pewnością zasiane albo wzmocnione przez wielokrotne seanse "Zakochanego Szekspira" z 1999 roku, do którego wciąż od  czasu do czasu chętnie wracam.

Teraz zatem, kiedy stało się jasne, że przynajmniej na jakiś czas zmieniam adres zamieszkania na Trójmiasto, pewnym też było, że prędzej czy później zawitam wreszcie na spektakl we wspomnianym przybytku. Jednak nawet w najśmelszych snach nie wymyśliłabym tego, co się stanie...

Otóż któregoś piątkowego popołudnia tak po prostu natknęliśmy się na billboard zapowiadający nowy spektakl w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim (na billboardzie było oczywiście nieco więcej informacji, wszystkie je znajdziecie tu):


AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Jeden z ulubionych scenariuszy wystawiany w wymarzonym do tego miejscu, how cool is that?!

Nie było więc przebacz i już w dzień po premierze, 1 lipca, zasiedliśmy na miejscach tuż przed 16:30. Otóż trzeba Wam wiedzieć, że prawie wszystkie spektakle "Zakochanego Szekspira" są grane o tej godzinie, prawdopodobnie po to, żeby wykorzystać bajer z rozsuwanym dachem. Niestety tego dnia organizatorzy nie dogadali się z pogodą, więc dach pozostał słusznie zamknięty. Atrakcji było jednak wciąż dość sporo...

Sama bryła budynku robi wrażenie, już z daleka... Masywna, ciemna, przywodząca na myśl ponure zamczyska. W środku z kolei dużo drewna, wszelkie udogodnienia, zabytkowa drewniana ława do siedzenia i ciekawy sklepik z pamiątkami około szekspirowskimi. Gdy zabrzmiał gong, wielkie drewniane wrota prowadzące do sali na parterze zostały otwarte. My z kolei udaliśmy się na piętro...

Co do siedzeń, biletów i cen - żadne z nas tam wcześniej nie było, więc nie byliśmy pewni, które z miejsc będą najwygodniejsze. Ceny wahały się między 25 zł (nienumerowane na II piętrze, także stojące na parterze) a 50 - 60 zł. Niektóre niestety mają ograniczoną widoczność ze względu na mnogość filarów, ale było to przejrzyście zaznaczone na stronie. Zdecydowaliśmy się na miejscówki na pierwszym piętrze i generalnie wybór był niezły, ale z kolei przeszkadzały nam nieco barierki zabezpieczające. Siedzenia nie mają oparć - do dyspozycji mamy drewniane ławy, na których leżą poduszki. Widzowie siedzący w trzecim, najwyższym rzędzie piętra mogli się za to oprzeć o ścianę. Poniżej kilka zdjęć poglądowych (wybaczcie jakość, ale z podekscytowania drżały mi dłonie)

Scena, której spora część wcina się w widownię

Przekrój przez miejscówki - stojące na parterze (ludzie głównie oparci o scenę), siedzące - poduchy na parterze i piętrach

Jest też ujęcie niedobrej barierki i zbliżenie na jeden z filarów (i Alota!)

O miejscach można dywagować, następnym razem być może skuszę się na stojące na parterze, przy scenie. Tłumów nie było, więc w zasadzie widzowie dowolnie się przemieszczali, przemieszczały się również niezagospodarowane poduchy.

Co do samego spektaklu... Dla tych, którzy pamiętają film, zbyt wielu niespodzianek nie będzie, bo adaptacja jest zdecydowanie wierna. Przyznam, że spodobały mi się niektóre pomysły realizacyjne przenoszące pewne sceny z ekranu na deski teatru, np. rozmowa w płynącej łódce. Niektóre wątki czy postacie nieco rozbudowano lub nadano trochę inny charakter. I tak, ta interpretacja Wessexa nie do końca przypadła mi do gustu, o królowej nie wspomnę, ale jak można konkurować z Judi Dench? Podobny problem miałam początkowo z Violą, do której ostatecznie się przekonałam, ale generalnie były to 3 godziny (z 20-minutową przerwą) dobrej zabawy, jako że zdecydowanie dominował komediowy nastrój. Trzeba przyznać, że w jego budowaniu pomogło niemalże pełne wykorzystanie możliwości, jakie daje to określone wnętrze. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale napomknę, że akcja rozgrywa się nie tylko na scenie ;)

Byłam też ciekawa, jak przedstawienie przypadnie do gustu Adamowi, skoro zaledwie mgliście kojarzył oryginał filmowy, który to oryginał zresztą - jak być może pamiętacie - bywa momentami nieco melodramatyczny. Obawy na szczęście okazały się nieuzasadnione i na własne uszy słyszałam, jak Adam polecał spektakl już kilku osobom jako niezobowiązującą rozrywkę na lato. I taki chyba właśnie jest ten Szekspir w Szekspirze, sympatyczna komedia pomyłek w sam raz na wakacje.

Podobno Gdański Teatr Szekspirowski starał się o prawa do ekranizacji tego scenariusza od początków istnienia i w sumie trudno się dziwić. Zresztą w tym drugim w historii przedstawieniu dało się wyczuć prawdziwą frajdę i zaangażowanie aktorów, co dodaje tylko smaczku i promieniuje pozytywną energią. 

Spektakle zaplanowane są na całe wakacje i pierwszy weekend września, więc jeśli będziecie mieć możliwość wkomponowania Szekspira w grafik (poza spotkaniem z Alotem:D), to gorąco zachęcam! Możecie też spokojnie zabrać znajomych, którzy nie władają językiem polskim - nad sceną są wyświetlane napisy po angielsku.

Iść albo nie iść? To w tym przypadku zdecydowanie pytanie retoryczne ;)










czwartek, 22 września 2016

Harry Potter a sprawa szkocka

Jak być może wiecie, Alot zawitał niedawno do Edynburga. 

Wizyta w zasadzie historyczna, bo pierwszy raz UK i to od razu Szkocja, i Edynburg! Wstyd się przyznać, ale tenże Alot wybitnie się do tejże wyprawy nie przygotował. Może niedawna przeprowadzka, może nawał pracy, może słaby internet (wpis powstaje dzięki uprzejmości lokalnej Małpki Ekspress)... Wymówki wymówkami, ale udało mi się jedynie raz czy dwa odpalić wiki, zapytać fb i ludzi z pracy. Ci o dziwo reagowali w większości bardzo entuzjastycznie, ale pojawiła się i opinia mniej więcej taka: "Edynburg? szary trochę.. ale mają ładne parki." Summa summarum, ubolewałam trochę nad kosztami przelotów, martwiłam się bardzo o pogodę, więc postanowiłam upatrywać głównych pozytywów w odwiedzeniu chłopaka w delegacji i po prostu oderwaniu się od codzienności.

Niech o skali ignorancji Alota świadczy fakt, że - owszem - sprawdził, gdzie jest Loch Ness, i że daleko, i że się nie da, za to nie przypomniał sobie i nie natrafił zupełnie na fakt, iż Potter powstawał w Edynburgu! To w tutejszej kawiarni Rowling spisywała pierwsze pomysły, to z tutejszego cmentarza wzięła Toma Riddle'a i nazwisko McGonagall, to tutejsza elitarna szkoła mieszcząca się w malowniczym budynku-zameczku stanowić miała pierwowzór Hogwartu...

Jak się już zapewne domyślacie, ostatecznie Alot zakochał się w Edynburgu i Szkocji w ogóle, a Adam znalazł sposób i na Loch Ness (może będzie wpis, ale nie obiecuję), i na zaznajomienie Alota z wątkiem Potterowym, choć sam nie czytał, oglądał co najwyżej fragmenty, a kiedy próbowałam mu z wypiekami na twarzy wytłumaczyć, jak to się stało, że - SPOILER - Harry umarł, a żyje - KONIEC - to wytrzymał może z trzy minuty, zmieniając następnie temat na.. jakikolwiek inny :D 

Tak czy inaczej - dzisiejszy mikrowpis będzie właśnie o Potterze w Edynburgu, jakby nie było ciekawszych atrakcji :P

Najpierw inspiracje... Pierwowzór Hogwartu
 

Brzmi znajomo? (swoją drogą William to ponoć oficjalnie najgorszy poeta w UK)

A taraz już do sedna....
TA kawiarnia nazywa się "The Elephant House" i zlokalizowana jest w ścisłym centrum, nieopodal innej wielkiej atrakcji - pomnika Greyfriars Bobby'ego (o nim może kiedy indziej). Na wystawie jest czerwony baner obwieszczający, że to tu znajduje się miejsce narodzin Harry'ego Pottera, a targetem są zdecydowanie... Chińczycy - menu ma nazwy pozycji również w mandaryńskim. I słusznie, momentami połowę gości stanowili Azjaci. 

Sama kawiarnia wyglądem szału nie robi
 
Nie zrobili z niej co prawda parku tematycznego i nie kupimy w niej np. kremowego piwa, a wiodącym motywem pozostaje słoń, ale kolejka do stolika jest i trzeba poczekać cierpliwie, aż obsługa wskaże miejsce, nawet jeśli pozornie wcale nie jest pełno. Ubolewałam trochę nad tym, że to już raczej nie będzie nigdy spokojne miejsce, w którym można szukać weny, ale kawiarniany biznes na pewno się kręci, a tak między nami, przy sąsiednim stoliku siedziała przez cały czas naszych odwiedzin dziewczyna i skrupulatnie coś tam w swoim zeszycie notowała, więc może nie wszystko stracone...

Od momentu zdobycia rozgłosu przez "The Elephant House" nie zmienił się ani trochę piękny widok na edynburski zamek, zmienił się natomiast z pewnością wystrój.

Na ścianach  - co zrozumiałe i do przewidzenia - znajdziemy w ramkach zdjęcia Rowling i artykuły prasowe poświęcone kawiarni w jej kontekście...
 

najciekawsze jednak czeka nas w...  
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
toalecie!
Podobno obsługa próbowała walczyć z tym procederem, ale w końcu się poddała. Dzięki temu dodatkową Potterową atrakcją "The Elephant House' są toalety (ściany, lustra, rury, wszystko!) pokryte cytatami z sagi czy złotymi myślami wiernych fanów. A wygląda to tak:

 


 




Selfie w lustrze w takim miejscu to must :D


Na szczęście poza napisami #paolorowlingejro można znaleźć i te lżejsze
 

A w męskiej - konkurencyjny fandom :D (Adam zrobił zdjęcie, żeby nie było)

Klimat generalnie całkiem przyjemny, a ja chyba pierwszy raz byłam w takim fanowskim miejscu, będąc jednocześnie sama nim żywotnie zainteresowana. Jest moc! :D
A co z częścią kawiarnianą, być może spytacie...
Cóż, ceny mają właściwie na Edynburg standardowe, a pojemności zdecydowanie przyzwoite - Adam wziął herbatę w małym czajniczku, którą się ostatecznie podzieliliśmy, a ja - po bandzie - czekoladę z marshmallowami i bitą śmietaną. Pewnie można się było tego spodziewać, ale czekolada okazała się raczej kakałkiem, a całość stanowczo przekraczała wszelkie akceptowalne dla mnie normy słodyczy, ale co tam, za Rowling!

"The Elephant House" nie jest jednak jedynym miejscem w Edynburgu, gdzie pamięta się o Rowling. Za oczywiste zasługi dla miasta dorobiła się Edinburgh Award w takiej oto postaci:

Co tu kryć - w swej ignorancji jechałam do miasta z zamkiem, z którego jest daleko do Loch Ness, a ostatecznie odwiedziłam miasto, w którym narodziło się zjawisko towarzyszące mi w nie tylko - ekhem - młodzieńczych latach. Tu Alot kończy wpis, bo się wzruszył. Potteromaniacy wszystkich krajów łączcie się! I odwiedzajcie Edynburg!

PS. Wpis dedykowany Adamowi.
PPS. Tak, wiem, że nie ma zdjęcia Toma Riddle'a, ale musiałam sobie coś zostawić na kolejny raz :)

piątek, 8 kwietnia 2016

M jak Madera. Część II

Bez zbędnych wstępów - dziś będzie o trunkach Madery :)

Poncha
Co kryje się pod tą tajemniczą nazwą? Podstawę stanowi alkohol na bazie soku z trzciny cukrowej, do którego dodaje się zwykle miód, cukier, skórkę cytrynową, a także soki owocowe, tradycyjnie cytrynowy, choć bez problemu znajdziecie inne wersje. Oto efekt końcowy:
Wygląda może niepozornie a dla niektórych pewnie niezachęcająco, ale zapewniam Was, że warto spróbować. Niesłodki, orzeźwiający i rozgrzewający (bo całkiem mocny) drink stał się częstym elementem naszej maderskiej diety.

Co do samej nazwy, podobno pochodzi z hindi (a hindi na Maderze znalazło się ze względu na silne wpływy brytyjskie w przeszłości), od słowa "pięć", co odzwierciedlać ma 5 tradycyjnych składników: alkohol, cukier, cytryna, woda i herbata lub przyprawy. Rybacy na Maderze mieli popijać ponchę w celach leczniczych i profilaktycznie - aby uchronić się przed grypą i innymi chorobami.  A jak my się nią raczyliśmy?
Turystycznie 
Pierwsze spotkanie nastąpiło w Funchal, knajpka "Sete Mares" polecona w klubie płetwonurków, wywiązuje się rozmowa:
Alot: Poprosimy dwie ponche.
Kelner: Oczywiście, a raczej słabsze czy mocniejsze...?
A: Proszę Pana, my jesteśmy z Polski, może być mocniejsze.
K: A z lodem czy bez?
A: Dla mnie raczej niewiele lodu...
Kelner przynosi dwa mocne drinki. Bez lodu. Kurtyna opada.
(A potem zamówiliśmy następną kolejkę i mieliśmy cudowny humor przez resztę wieczoru :D)
 
Profesjonalnie
Ponchę można tez z powodzeniem zamówić jako ukoronowanie wykwintnej kolacji i raczyć się nią z widokiem na ocean...
 
Leczniczo
Świetnie sprawdza się także w swojej profilaktycznej roli, na przykład jeśli chwilę wcześniej zostaliście absolutnie przemoczeni i potraktowani gradem. Obyło się bez kataru!
 

Poncha to z pewnością jeden ze skarbów Madery, a w dodatku nie wydrenuje Wam kieszeni. Polecamy!
Wino madera
Absolutny hit wyspy! I podstawa jej gospodarki :) Jednocześnie jeden z najtrwalszych trunków na świecie - bez trudu można nabyć butelki z XIX wieku! Jest to możliwe dzięki procesowi dojrzewania w stosunkowo wysokiej temperaturze, który ma swoje historyczne uzasadnienie z racji tego, że w przeszłości maderskie trunki musiały wytrzymać o wiele dłuższy transport na kontynent niż obecna godzinka lotu. W efekcie otrzymujemy wino, które nie tylko będzie spokojnie czekać na półce na stosowną okazję, tylko zyskując na szlachetności, ale też nie musi być spożyte od razu po otwarciu. Najmłodsze madery, które trafiają do sprzedaży mają 3 lata.
Dostępne są zarówno odmiany wytrawne i półwytrawne, jak i słodkie i półsłodkie, czyli dla każdego coś miłego. Oko cieszy bursztynowy kolor a powonienie raduje się bogatym bukietem.

Co więcej, dodatkową atrakcję stanowią organizowane w wielu winiarniach degustacje, niekiedy połączone ze zwiedzaniem. Można wtedy spróbować różnych odmian madery (tych młodszych roczników nawet za darmo!), a potem zdecydować się na zakup. Jak łatwo się domyślić, Alota nie trzeba było dwa razy namawiać:
 
A i Adamowi uśmiech na twarzy zagościł..
 
Udało się odzyskać nieco powagę i..
 

Po udanej degustacji każdej z czterech darmowych 3-letnich odmian wiedzieliśmy, że to ta wytrawna podbiła nasze serca i zakosztowaliśmy jeszcze za drobną opłatą jej wersji 5-, 10- 15- i 20- letniej :D I zgadnijcie kto kupił 15-letnią butelkę wina na pamiątkę z Madery? I miał fantastyczny humor przez resztę wieczoru?

Nawet gdybyście nie załapali się na żadną degustację, wystarczy udać się do najbliższego supermarketu i wybrać coś z powszechnie dostępnego asortymentu - nie zawiedziecie się! I ponownie - nie spłuczecie się do ostatniego euroska.

Vinho verde
Ojczyzną słynnego portugalskiego "zielonego wina" jest co prawda północno-zachodni region kraju, ale i na Maderze wszędzie się na nie natkniecie. Nie dajcie się jednak zwieść nazwie - trunek ten wcale nie ma zielonej barwy a jedynie - w przeciwieństwie do madery - jest młody, spożywany zwykle tuż po zabutelkowaniu. Mianem tym są określane zarówno wina białe, jak i czerwone i różowe. Vinho verde może być lekko musujące, a przykładowo wygląda tak: 
 

W odróżnieniu od esencjonalnej madery "zielone wino" jest bardzo lekkie, świeże i orzeźwiające. I też poprawia humor ;)
Inne
Gdybyście akurat nie mieli smaka na nowinki albo zwyczajnie potrzebowali odmiany, na Maderze bez trudu znajdziecie piwo:
 
 czy sangrię:
 
Ale bez trudu spotkacie również (choć akurat to zdjęcie zrobione zostało w kontynentalnej Portugalii) nektar i ambrozję w jednym - fantę marakuja! (ananasowa też jest ale nie tak dobra)
 
Jak widać, ona również zapewnia dobry humor, choć to może tylko Alot tak reaguje?
Taaa... Przeżyjmy to jeszcze raz :D
 
Pozostaje mieć nadzieję, że sam ten wpis poprawił Wam humor i bukujecie właśnie bilety na Maderę albo chociaż planujecie wypad do najbliższego lepiej zaopatrzonego monopolowego w poszukiwaniu smaków "wyspy wiecznej wiosny". Oby Wasze starania zakończyły się sukcesem!

poniedziałek, 28 marca 2016

M jak Madera. Część I


Jak zapewne zauważyliście, Alot jest raczej zwierzęciem azjatyckim. Nie żeby nie lubił Europy czy się nie interesował, ale jakoś tak... niekoniecznie się składa. Ma swoją listę zakątków, które chętnie by odwiedził, ale nie trzyma się jej kurczowo: taka Malaga czy Caminito del Rey nigdy na niej nie były ;)

A co jest było?
Madera na przykład.

Trudno stwierdzić do końca dlaczego... Chyba to ta reputacja "wyspy wiecznej wiosny", obietnica pięknych widoków natury doprawionych szczyptą zabytków i romantycznej historii zamorskich odkryć (#paolocoelho). A że to formacja powulkaniczna, to miały być górki i klify, a nie plaże i turysty. No i jeszcze wino madera. I Cristiano Ronaldo (no dobra, to ostatnie najmniej).

Tak się jakoś złożyło, że mój towarzysz podróży wszystko przemyślnie zaplanował (podziękowania dla Adama!) i udało nam się kilka dni lutego AD 2016 spędzić właśnie na Maderze.

Jak wyszło? Poniżej kilku chaotycznych myśli część pierwsza.

Ale najpierw focia - jedno z pierwszych zdjęć w stolicy wyspy, Funchal. Alot zaciesza, bo pogoda ładna i zielono. A skoro o pogodzie mowa...

Aura na Maderze
Zaczynam od takiego pozornie błahego tematu, ale ostatecznie to właśnie pogoda okazała się najsłabszym punktem wyprawy, zwłaszcza kiedy spytacie Adama (choć czego można się spodziewać po kimś, kto 2 tygodnie wcześniej wrócił z RPA? :P) Jak już wspomniałam, Madera słynie z łagodnego klimatu, szczególnie z przyjemnych temperatur. Nie ma tam mrozów, nie ma szczególnych upałów, wydaje się więc idealnym kierunkiem na okoliczność ucieczki z zimowej jeszcze Polski. I generalnie tak - temperatura utrzymywała się całkiem przyjemna i to całą dobę. Co do reszty składowych... Poniżej kilka zdjęć z tych paru dni. ;)

Pierwsze popołudnie i warunki iście wakacyjne - lodowy sezon rozpoczęty!
Wyprawa kolejnego dnia zaczęła się silnym wiatrem i mżawką, niebo zaciągnięte - mogło być lepiej 
 
Ale już niedługo poprawiło się na tyle, że można było dokonać modyfikacji stylizacji (generalnie podczas tej wyprawy takich modyfikacji dokonałam kilkunastu!)
 
Dwa dni później - takie tam z punktu widokowego, a to i tak nieźle, bo potem sypnął GRAD
 
Ostatni dzień, a zatem zgodnie z wszelkimi prawami Murphy'ego: najcieplej i najsłoneczniej, a my oczywiście przezornie ubrani w kilka warstw, bo a nuż grad?
 
Podsumowując, pod tym względem to był jeden z tych wypadów, kiedy gorączkowo sprawdza się prognozę wieczorem, o poranku z nadzieją uchyla okiennice (bo może się mylili), żeby za chwilę zatrzasnąć je z hukiem (bo jednak nie). I tak było w 3 z 5 dni. ALE.. plusem czy minusem pogody na Maderze jest jej spora zmienność. Żaden z tych dni nie był zupełnie deszczowy i zmarnowany, choć z pewnością mogło być lepiej. Mogło być tez dużo gorzej, jak wskazuje zdjęcie poniżej...
 
Dość powiedzieć, że w przeddzień naszego wylotu warunki były tak złe, że większość lotów odwołano, nasz był w efekcie opóźniony prawie 2 godziny... Jednak nie ma tego złego - gdy tak czekaliśmy lekko znudzeni przed bramką na lotnisku, staliśmy się mimochodem świadkami niezapomnianej sceny: niespodziewanie dla nas rozległy się oklaski i wiwaty a tłum ludzi poderwał się radośnie z miejsc. Dlaczego? Oni czekali od poprzedniego dnia i teraz kiedy mający ich zabrać samolot wreszcie wylądował, zareagowali spontanicznie. Niby nic. Oklaski po lądowaniu, znamy je nie od dziś, ale te wydały nam się zupełnie inne, wyjątkowe.

Ale żeby nie kończyć rozważań na temat pogody tak rzewnie - jak dla mnie wciąż udało się złapać sporo słońca, nawet lekko przypiec, a i Adam tak znowu cały czas nie narzekał... ;)
 
Zdecydowanie udało się też nacieszyć oko kolorami innymi niż szary. W tym niezawodnie pomagała...

Flora (i fauna) Madery
Ok, nie jestem z pewnością autorytetem w kwestii roślinności, skoro potrafiłam ususzyć bambus stojący w wodzie. Tak. Ususzyć. Bambus. Stojący. W wodzie. Poniżej dowód rzeczowy.
Z kolei nastawienie Adama do flory nieźle podsumowuje to zdjęcie:


Więc kiedy takich dwoje roślinnych ignorantów poleca wam florę Madery, to wiedzcie, że coś się dzieje. Nawet nas ruszyły te kolory, kształty i zapachy na każdym kroku.
 


 
A ogród botaniczny to już w ogóle był szał! Idealny na niedzielne przedpołudnie :)
  
Strelicja - chyba najbardziej charakterystyczny (i najlepiej reklamowany) kwiat Madery, tu profanowany przez Alota

 
 
Ogród angielski
 
A tu już typowy maderski domek, do ich skansenu niestety nie dojechaliśmy
 
 
Co do fauny... Madera ma podobno własny gatunek kotów...
 
...zatem wiadomo, czym zajął się Alot w trybie natychmiastowym :D
 
Z ciekawszych okazów ptactwa natknęliśmy się natomiast na takie..
 
...i takie. I wiem, siedzą w klatkach, a nie na wolności, ale jakoś nie przypominam sobie klatki z arami na Plantach ;)
 
A żeby nie było, że tylko egzotyka i kolorowe piórka - poczciwy szczupły gołąb, który cierpliwie żebrał o jedzenie w jednej z knajpek. Nie, nie dostał :D
 

Jako że pora kończyć część pierwszą luźnych uwag na temat Madery, dorzucam mimochodem jeszcze jeden punkt, raczej niewymagający specjalnego rozwinięcia.

Cristiano Ronaldo
 
Jeden z popularniejszych towarów eksportowych wyspy, która doczekała się już muzeum jemu poświęconego. Cristiano króluje też na pamiątkach wszelkiego rodzaju. Gdybyście wątpili - spytajcie Elio, jakiego dostał od nas suwenira :D

A już w kolejnej części słów kilka o trunkach Madery, nie przegapcie!